Jeśli uważasz, że nie da się spakować w jedną walizkę ,wyjechać w dowolne miejsce na świecie i tam zamieszkać to jesteś w błędzie.

        “Cierpliwość jest gorzka, ale jej owoce są słodkie”. No nie mogłam trafić na nic bardziej adekwatnego do mojej obecnej sytuacji. Nic dodać, nic ująć. Banalne, ale przeczytałam to zdanie na fejsbukowej ścianie zespołu Empire of the Sun. I trafiłam na nie akurat w momencie, kiedy chwilowo wyczerpały mi się już w s z y s t k i e  pomysły związane z szukaniem pracy, a uwierzcie mi na słowo, byłam bardzo kreatywna w poszukiwaniach.
Nadal pracuję w sklepie i w knajpie , ale tym razem szukałam czegoś, co da mi większy dochód, żeby skarpeta w rozmiarze numer mniejszym od kajaka, z napisem “for dreams” w końcu zaczęła się napełniać. I nie chcę zapeszać, ale w końcu coś drgnęło i prognozy są optymistyczne. Ale jak to z prognozami, lubią się zmieniać i to gwałtownie, więc nie ekscytuję się na zapas, żeby potem ta wredna frustracja w parze z rozczarowaniem nie sprzedała mi liścia prosto w twarz. Pożyjemy, zobaczymy.  W każdym razie światełko w ciemnym jak mogiła tunelu pojawiło się w chwili, kiedy już naprawdę miałam ochotę sobie tylko usiąść i siedzieć, czekając na reakcję wszechświata.

         Gorzkiego smaku cierpliwości nie sposób przegryźć ani przepić chwilowymi substytutami. To jakby nażreć się czosnku z cebulą. Jednocześnie. W dużej ilości. I wtedy ani mycie zębów 30 razy  ani żucie paczki gumy ani zjedzenie czegoś innego nie pomoże. Wychodzi z człowieka ten smród wszystkimi otworami i nic na to nie poradzisz, musisz przeczekać swoje, żeby w końcu smród zniknął. Co się namęczysz, to twoje.
        Dla takich jak ja, czyli z natury niecierpliwych, to już w ogóle są męki piekielne jak się człowiek zdecyduje zrobić coś, co wymaga czasu, żeby przyszły efekty. O tym, że istnieje groźba, że takowe nie pojawią się nigdy, to nawet nie myślę.  No way. Najbardziej pocieszającą częścią całego procesu oczekiwań, jest żywienie się nadzieją (bo wiadomo, że ta umrze jako ostatnia a poza tym kocha wszystkie swoje dzieci), że skutki naszych działań przyjdą. Przyjdą  i będą słodkie jak maliny!

A na koniec dwie piosenki,  które wczoraj odkryłam na yt i teraz w kółko ich słucham 🙂
HAIM “Falling”
Mikky Ekko “Pull me down”

Gosia

P.S. Piękne słońce mnie dziś powitało po przebudzeniu, ale jest tak cholernie zimno, że nie ruszam się dziś z domu!

Advertisements

Take a picture!

This time instead of writing a note I want to show you a couple pictures of various, sometimes accidental, situations and places. The quality of the photos is not too high just because I’m using my cellphone camera. It’s the easies way to catch a moment because I’ve got my cell all the time with me 🙂 

Let’s begin with some food!


After eating some walk…

Original view from my window:

Streetcars traffic

I know….

…I used to wear athletic shoes ONLY to play a sport. Then I came to Canada.
Night trip to Niagara Falls 🙂
Christmas baking!

I think I don’t have to explain which  shelf is mine and why.

Falafel! Dedicate to Adam J. 

I have many more pictures but I will leave them for next time 🙂
Gosia

Czas na małe podsumowanie miesięcznego pobytu w Toronto. Był już wpis, gdzie rozpływałam się jak czekolada na słońcu  w zachwytach nad tym miastem, teraz przyszła jednak pora na refleksje, że może  trzeba się oblizać, żeby nie wyglądać jak świnia w chlewie.

Wynajmuję pokój w dzielnicy Junction Triangle, która położona jest w zachodniej części miasta. Patrząc na mapę, jest to całkiem blisko (“blisko” oczywiście wg standardów kanadyjskich) ścisłego centrum. Z dojazdem nie mam żadnych problemów, najbliższa stacja metra jest zaledwie 6-7 minut piechotą od mojego domu. Jeszcze nie zleniwiałam na tyle, żeby dojeżdżać do niej autobusem, choć i taką opcja jest dostępna, gdyż przystanek autobusowy mam na wprost drzwi od domu.
Miesięcznie za czynsz płacę 430 dolarów kanadyjskich plus rachunki, które według relacji właściciela w zimie wynoszą około 20-30$ (update: wczoraj płaciłam czynsz i rachunki wyniosły 41 $ :/ ). Przyznać się zatem muszę, że jak na realia Toronto czynsz jest w bardzo przystępnej cenie. Śniadań nie jadam co prawda wśród marmurów i nie kąpię się w wannie z dżakuzi ale to taka miła odmiana po luksusach, w jakich pławiłam się mieszkając we Wiedniu.  Mam 3 współlokatorów: 2 osobniki płci żeńskiej i 1 płci męskiej. Dziewczyny to Azjatki, z czego jedną widziałam do tej pory przez jakieś 3 sekundy i nawet nie wiem jak ma na imię. Za to ta druga to nadrabia bo zwie się bardzo ładnie – Summer. Chłopak jest Peruwiańczykiem (ale któż by sobie zaprzątał głowę jego imieniem…) i prowadzi nocny tryb życia,prawdopodobnie skorelowany ze skypem, dzięki czemu mogę doszkalać swój szczątkowy hiszpański, bo ściany, jak przystało na północnoamerykańskie normy są z papieru.
Osobiście uważam, że hitem mojego obecnego miejsca zamieszkania jest widok jaki rozpościera się z mojego okna.  Jest jedyny  w swoim rodzaju, sprawia, że nie mam ochoty nigdy, ale to przenigdy zasłaniać zasłon. A prezentuje się on mniej więcej tak (mniej-więcej bo teraz jest noc i nie mogę zrobić sensownego zdjęcia, ale oryginał nie odbiega wiele od tego, co widzicie poniżej).
Ot, takie małe niedopatrzenie z mojej strony gdy byłam oglądać pokój. Było to wieczorem, zasłony były zasunięte i nie wpadłam na to, żeby sprawdzić co będę widziała przez okno. No trudno. W razie poczucia bezsilności będę miało blisko do walenia głową w mur.
W domu nie posiadamy pralni, w związku z czym od miesiąca nie robiłam prania. . Oczywiście pralni na monety, takich jakie oglądamy (pralnie, nie monety) na amerykańskich filmach, a w których można poznać albo przystojnego nieznajomego albo znaleźć głowę trupa w bębnie pralki,  jest w okolicy z 5 ale jakoś tak wyszło, czasu nie było. Albo ochoty. Albo jednego i drugiego. Sytuacja praniowa została uratowana, ponieważ w piątek po pracy pojechałam odwiedzić Gosię i Basię czyli Siostry L. na starych śmieciach w Mississauga. Przytargałam tam z sobą 60 litrowy plecak pełen ubrań do prania i w dodatku miałam czelność zapomnieć proszku do prania. Dziewczyny jednak z uporem godnym podziwu dalej utrzymują, że bardzo cieszyły się z moich odwiedzin, co więcej, zostałam zaproszona ponownie 😉 Impreza była udana, dzień po – już trochę mniej z racji na bardzo niskie ciśnienie atmosferyczne, które powodowało silne bóle głowy, dziwnym trafem szczególnie u dziewcząt imieniem Gosia.
             Póki co postanowiłam nie kupować metropasu na TTC (Toronto Transit Commission) bo jednej pracy, restauracji/baru ,  mam “walk distance” a do drugiej- sklepu-  dojeżdżam tylko 2 razy w tygodniu, więc w zupełności wystarczają mi tokeny (takie małe monety kupowane w większych ilościach zamiast biletów jednorazowych). Nadal jestem zdania, że Toronto to świetne miasto, ale niestety muszę przyznać, że zapadłam w hibernację. Nie chce mi się nic. Pogoda wcale nie sprzyja do wychodzenia z domu a i praca robi swoje bo “przed” nie opłaca mi się zaczynać czegokolwiek, a “po” już mi się nie chce. I tak w kółko. W dni wolne, które są ruchome, bo w weekendy często pracuję, przeważnie idę zrobić jakieś zakupy spożywcze (dość wygórowana nomenklatura jak na karton mleka i litrowy jogurt) albo staram się nadrobić zaległości z tego, co się dzieje na świecie czytając wiadomości i artykuły na necie. Zwiedzanie głównych atrakcji Toronto, Montrealu czy Ottawy odłożyłam na wiosnę, bo będzie ładniejsza pogoda, cieplej i przyjemniej wałęsać się całe dnie na świeżym powietrzu. Także jeśli ktoś z Was myśli, że obecnie mam największy “fun” w życiu to śpieszę poinformować – nie, nie mam. Jeszcze nie teraz. Pracuję 5 dni w tygodniu, w 2 różnych miejscach, które nie mają nic wspólnego z moimi zainteresowaniami,żeby zarobić pieniądze na utrzymanie się. A w porównując ceny tutejszych z cenami produktów spożywczych w strefie euro to wcale tanio tu nie jest. Ośmielę się nawet stwierdzić, że w Niemczech czy Wiedniu było dużo taniej.
           Wiem jakie postawiłam sobie cele do zrealizowania przylatując na rok do Kanady.  Wiem już, że jednego z 2 głównych celów na 90% nie uda mi się zrealizować. Co do realizacji tego drugiego prognozy są bardzo optymistyczne.  Bardzo jestem ciekawa, i już nie mogę doczekać się momentu, w którym będę patrzeć na tutejsze wydarzenia z dystansu i będę wyraźnie widzieć czego nauczył mnie ten wyjazd. To trochę tak, jak gdybym czytając książkę była tak straszliwie ciekawa jej zakończenia, że przeskoczyłabym kilka rozdziałów, byle, żeby tylko już wiedzieć “kto zabił” ??? Ale wtedy ominęła by mnie cała przyjemność związana z samodzielnymi próbami rozgryzienia zagadki, cała zabawa polegająca na przeżywaniu przygód bohaterów, cała ekscytacja związana z odkryciem tajemnicy.
 Teraz jest jeszcze za wcześnie na jakieś zdecydowane osądy dotyczące mojego pobytu w Toronto. Często słyszę od nowo poznanych tu osób pytanie ” i jak ci jest tu w tej Kanadzie?”  a ja odpowiadam im zgodnie z prawdą ” inaczej, po prostu inaczej”.
Dwa dni temu poważnie zastanawiałam się nad przeprowadzką do Indonezji, konkretnie na Bali, bo była i właściwie dalej jest taka opcja. I chyba jeszcze nie do końca powiedziałam zdecydowane “nie” …

Prawdy objawione.

Pozwólcie, że przedstawię Wam kilka prawd, które objawiły mi się w trakcie pobytu w Kanadzie.

1. Kanadyjski chleb to nie jest chleb. On nawet koło chleba nie leżał.
2. To, że ty funkcjonujesz w XXI wieku i sprawdzasz maila raz dziennie nie oznacza, że inni ludzie wiedzą o istnieniu tego narzędzia. Nawet jeśli mają adres mailowy.
3. Ciamajdowaci ludzie jakimś cudem (inaczej jak cudem nie da się tego wytłumaczyć) też odnoszą sukcesy Śmiem twierdzić, że dzieje się tak tylko dlatego, że pozwalają im na to ci rozgarnięci.
4. Zmywarki nie należy otwierać w trakcie gdy napełnia się ona woda. Chyba, że masz ochotę na szybki prysznic.
5. Jak ci się nie chce po pracy wstąpić do spożywczego to nie spodziewaj się, ze dnia następnego zjesz śniadanie.
6. To samo tyczy się kawy z mlekiem. Nie ma mleka to nie ma tez kawy z mlekiem.
7. Jeśli dobrze to rozegrasz, to będziesz pił za darmo świeżo mieloną kawę z ekspresu w pracy. Z mlekiem. Zaoszczędzisz i na kawie i na mleku.
7. Płacenie czynszu boli.
8. Będąc w barze/restauracji pij tyle wody, ile ci tylko wlezie. W końcu jesteś w Ameryce. Tutaj woda jest za darmo.
8. To, ze znasz jakiś język obcy niekoniecznie jest równoznaczne z tym, że rozumiesz co mówią do ciebie inni ludzie w tymże języku. Szczególnie jeśli pochodzą z Indii lub Chin.
9. Papier toaletowy nie wyrasta sam w szafce pod umywalką. A szkoda.
10. Podawanie na metce ceny bez taxu powinno być zabronione, bo przy kasie możesz się mocno zdziwić.
11. Szukając pracy napomknij, że co prawda mówisz po angielsku ale ogólnie to jesteś tylko po 6 latach podstawówki, masz 4 lata doświadczenia w konserwacji powierzchni płaskich, jedynym krajem, jaki do tej pory zwiedziłeś była Czechosłowacja, a tak ogólnie to masz 20 lat, dwa rozwody za sobą, 3 dzieci do wykarmienia i bardzo chętnie będziesz pracować po 13 godzin na dobę za 8 dolarów na godzinę. Wtedy twój potencjalny pracodawca poczuje się jak Pan i Władca na krańcu świata mogący uratować cię z opresji.
12. Kierowcy komunikacji miejskiej naprawdę mogą być miłymi i sympatycznymi ludźmi.
13. Jeśli powiesz, że w sumie potrafisz porozumiewać się w 3 językach jesteś uważany za geniusza. Kanada niby kraj dwujęzyczny, a tak naprawdę poza prowincją Quebeck nikt tu nie umie mówić po francusku.
14. Nie ma czegoś takiego jak “typowo” kanadyjska kultura i tradycja. Jest zlepek dziesiątek odrębnych kultur i tradycji,

   
       W końcu marazm, apatia i anhedonia indukowana  (uczymy się nowych pojęć nazywających stany emocjonalne) ostatnich dni wsiadły, z lekka się ociągając,  do pociągu z tabliczką “przeszłość” i odjechały w siną dal. Ale co się musiałam z nimi naużerać, to moje. Na szczęście są na tym kontynencie ludzie, którzy myślą podobnie jak ja i jeszcze mają cierpliwość wysłuchiwania moich gorzkich żali. Są też nawet tacy, którzy wyrzucają z siebie słowa szybciej niż ja i mówią więcej niż ja. Ciekawe czy J. po którymś ze swoich słowotoków nachodziła później refleksja, że może za dużo gada i potem mu głupio.. Muszę go o to zapytać 🙂  Bo przyznam się, że mnie czasami, oczywiście już post factum, jest głupio,że tyle gadałam zamęczając Bogu ducha winnego słuchacza, który przez grzeczność nie powiedział, żebym  się już zamknęła 🙂

      Umęczyły mnie te ostatnie dni, bo mimo, że szybko po przeprowadzce do Toronto znalazłam dodatkową pracę, to radość z jej otrzymania była dużo krótsza i mniejsza niż stres jaki mnie w związku z całą tą sytuacją dopadł. Na ogół, będąc w Polsce stresowałam się raczej rzadko, częściej towarzyszyło mi podejście “a co mnie to!” i  nie ukrywam, że podejście to jest moim ulubionym. A uwielbiam je tak bardzo dlatego, że jest po prostu wygodne. Nie ma to jak komfort psychiczny. I chyba nic nie zastąpi  uczucia “olewania” otaczającej mnie rzeczywistości, które spływa na mnie przynosząc ze sobą dobry humor. Tylko nie zrozumcie mnie źle. Chodzi mi tu o olewanie rzeczy i sytuacji, które na chłopski rozum naprawdę nie są warte naszych nerwów, a mimo to, wielu ludzi się nimi przejmuje, psując sobie nastrój.
          Niekiedy ta rzeczywistość uwiera nas jak za ciasne buty i wtedy trudno ot tak to uczucie olać, bo daleko to się w takich butach nie zajdzie. Trzeba wtedy:
a) porzucić te buty w cholerę i poszukać sobie nowych, wygodniejszych
b) jak chwilowo nie mamy kasy na nowe , to zrobić z tych starych klapki/ wyciąć dziurę na dużego palca i jakoś przekuśtykać  do pierwszej nadarzającej się okazji, która prędzej czy później pojawi się na naszej drodze
           Nie stresujcie się i nie spinajcie się bo nie warto. Ja się stresowałam i spinałam i co mi to dało? Tylko i wyłącznie złe samopoczucie. A dziś,  kiedy ten ohydny, ciężki, wlokący się jak kula u nogi i spowalniający mnie stres w końcu sobie poszedł, znów czuję, że mogę wszystko i że dam sobie radę mimo wszystko. Takie podejście ułatwia życie i nawet jeśli mi coś nie wyjdzie to znów pomyślę sobie ” a co mnie to!” i następnym razem jak mnie nie wpuszczą drzwiami, to wejdę oknem. I obym nadal miała w okół siebie ludzi, którzy mnie w razie czego pod to okno podsadzą 😉

Gosia

It’s not enough.

Za 10 dni stukną 4 miesiące mojego pobytu w Kanadzie. Postanowiłam zrobić szybki przegląd tego, które z moich małych celów udało mi się już zrealizować.
1. Pierwszy, najważniejszy i zarazem największy osiągnięty cel to sam przylot do Kanady.
2. Po napotkaniu trudności  nie wpakowanie się do samolotu powrotnego do Polski.
3. Znalezienie pracy, co do tej pory przysporzyło mi zdecydowanie najwięcej stresu, i to tego złego.
4. Przeprowadzenie się do Toronto.
(5.)Poprowadzenie audycji radiowej (niby cel osiągnięty ale samo wykonanie pozostawia baaardzo wiele do życzenia i baaardzo odbiega od moich wyobrażeń na ten temat, więc tak naprawdę tego punktu nie powinno tu być)
6. Opublikowanie mojego artykułu w polonijnej gazecie (też mam niedosyt).

To tyle, co przychodzi mi do głowy. Mam kilka kolejnych celów, o których na razie nie chcę pisać. Wiem, że ich zrealizowanie będzie kosztowało mnie dużo wysiłku, uporu, samozaparcia i niepoddawania się, mimo porażek, bo te na pewno się pojawią. Powiedzcie mi, jak to wygląda z Waszej perspektywy? Te moje osiągnięte cele mam na myśli. Bo ja ciągle czuje jakiś taki niedosyt i niespełnienie, żeby nie napisać “niezadowolenie”.  Nie potrafię spojrzeć na moją sytuację obiektywnie za to potrafię krytycznie. Bo ciągle mam to przeświadczenie, że to ciągle “nie jest to”. Że to wielkie, wyczekiwane przeze mnie (w tym miejscu użyłabym niecenzuralnego słowa na “p” ale blog czytają osoby starsze i mogą się oburzyć że ich wnuczka używa takiego słownictwa 😀 ) “uderzenie” dopiero nastąpi. Czy może po prostu jestem wybredna i wybrzydzam…?
Chyba przemawia przeze mnie zmęczenie drogą. Muszę usiąść na poboczu i chwilę odpocząć, zastanowić się w którą stronę dalej.

Coincidence? No, thanks.

  Nie wierzę w przypadki. Nie wierzę i już. Możecie mnie przekonywać, że one istnieją, ale musielibyście wytoczyć na pole dyskusji naprawdę ciężkie działa armatnie naładowane solidnymi kulami świszczących argumentów, które trafiałyby bez pudła w cel – czyli w mój tok rozumowania. I żeby przekonać mnie do swoich racji, kula musiałaby zmiażdżyć moje przeświadczenie o nie istnieniu w życiu przypadków. A ponieważ 98% czytelników bloga to odbiorcy bierni  nie wdający się w polemikę z moimi spostrzeżeniami już teraz mogę ogłosić zwycięstwo w batalii. Przypadków nie ma i już. Wygrałam.
        Kiedyś moja koleżanka otarła się o dobranie prawie idealnej kuli argumentu, który zdołał drasnąć mój pogląd. “Skoro nie wierzysz, że coś  może stać się przez przypadek, to tak, jak byś zakładała, że nasze życie jest już zaplanowane poza nami, a my nie mamy na nie żadnego wpływu. To po co w ogóle próbować coś robić, skoro efekt jest już z góry przesądzony?”   To nie tak.
        Każdy z nas jest pełną gębą Kowalem Własnego Losu. A to, że niektórzy dopiero przyuczają się do zawodu, nie oznacza, że nigdy nie nauczą się dobrze podbijać tego konia zwanego Losem. Ba, niektórzy mimo dojrzałego wieku i wielu godzin spędzonych w kuźni nadal ledwo utrzymują w ręku młot. Chwieją się, gibają pod jego ciężarem na wszystkie strony i jeszcze rozpaczliwie szukają wzrokiem po całej kuźni kogoś, kto przybiegnie im na ratunek i odwali za nich brudną robotę. I jeszcze najlepiej by było, gdyby też przyjmowali za takiego nieudolnego Kowala skargi i zażalenia o źle podkutego konia. Tak dobrze nie ma. Chcesz dobrze sprawującego się rumaka, na grzbiecie którego bezpiecznie przemierzysz wyboiste drogi? To sobie go porządnie SAM podkuj. Na początku może być trudno, młot będzie za ciężki, kowadło za płaskie, podkowy za koślawe a koń kulawy. A potem okaże się, że młot jest za ciężki a kowadło za płaskie po to, żeby tą koślawą podkowę porządnie spłaszczyć bo koń ma płaskostopie (płaskokopytnie??) ? I tylko w takich podkowach będzie mógł swobodnie galopować.
         Nie ma przypadków. Jest tylko początkowa nieświadomość i niewiedza dlaczego dzieją się takie a nie inne rzeczy. Prędzej czy później i tak dowiadujemy się jaki był ich sens. Bywa, że i mnie ciężko jest rozpoznać, że konkretny efekt moich działań wziął się z konkretnej, podjętej kiedyś, decyzji. A potem doznaje olśnienia i wszystko staje się jasne 🙂 To my i nasze decyzje powodujemy w życiu rzeczy i sytuacje, które nam się przydarzają. Nie ma co gdybać i lamentować, że “GDYBYM zjadła 2 suchary zamiast tych 4 pączków to by mi dupa nie urosła!!” Pewnie. I wtedy zmieściłabyś się w tą super nową kieckę, ubrana w nią poszłabyś z przyjaciółmi do knajpy na piwo, tam  oczarowałabyś mega przystojniaka, on zaprosiłby cię na kawę, zostalibyście parą, a potem wzięlibyście ślub na plaży w Miami, mieli dwoje ślicznych dzieci , pływali o zachodzie słońca na grzbietach delfinów i żylibyście jak w bajce długo i szczęśliwie. Ale skoro w przypływie euforii spowodowanej podwyższonym poziomem cukru po pierwszym pączku, zeżarłaś 3 następne i dupa faktycznie ci urosła to staw temu czoła (a raczej “staw temu dupy” ). Idź pobiegaj a  na ścieżce spotkasz “swój ideał”, który też uprawia jogging bo dorobił się dorodnego mięśnia piwnego podczas oglądania z kumplami wszystkich meczy Euro 2012. Zaczniecie biegać razem, złapiecie formę, weźmiecie udział w maratonie, wygracie go a nagrodą będzie wycieczka dookoła świata plus dożywotni tytuł Mistrza Maratonów, którym będziecie się mogli chwalić wszystkim znajomym. Wasza sława dotrze do uszu Roberka Korzeniowskiego, który zaproponuje wam założenie spółki. Będziecie szczęśliwi realizując swoją pasję i zarażając nią innych.

       Przypadki nie chodzą po ludziach. To ludzie chodzą po świecie i podejmują działania, które dają im kosz pełen owoców  konsekwencji – czasami słodkich jak dojrzałe w słońcu maliny, czasami kwaśnych jak przedwcześnie zerwane porzeczki a czasami gorzkich i szczypiących w język jak muchomor sromotnikowy. W końcu wszystko jest jadalne, tylko czasami raz w życiu.

Gosia

Tag Cloud